16/01/2012

O współpracy

Zastanawia mnie pewna zasada. To, że istnieje, nie podlega dyskusji. Skąd się bierze? Zielonego pojęcia nie mam. To zasada dotycząca współpracy z klientem wszelkiej maści – brzmi ona mniej więcej tak:

Wymagania klienta rosną razem z zaniżaniem stawki wynagrodzenia. Czyli im większe straty ponosi wykonawca, tym więcej pracy ma do wykonania. Co więcej, im bardziej mnożą się uwagi zgłaszane wobec realizowanego projektu, tym bardziej zapada się on w otchłań bylejakości. Mało pocieszające jest w tym wszystkim implikacja – zaniżona kwota to zazwyczaj większa i bezzasadna ingerencja zleceniodawcy (czyt. wtrącanie się). Ta zaś oznacza (zazwyczaj) zubożenie projektu po kątem jego przydatności do czegokolwiek – wszak frustracja dopadnie w końcu każdego. Co za tym idzie, jego wartość spada do poziomu niskiego wynagrodzenia – rachunek wychodzi na zero. Szczęśliwe zakończenie, wystawiona faktura, przelew zaledwie tydzień po umówionym terminie (sic). Poziom projektu reprezentuje wartość z faktury i wszyscy są zadowoleni… Wszyscy? Prawie. Bo co z poświęconym czasem i zaangażowaniem? Wiedzę w tym pytaniu celowo pomijam – została ona w trakcie realizacji brutalnie wdeptana w linoleum. Cóż, c’est la vie. Efekt jest taki, że tracą obie strony – czas, nerwy i pieniądze. Ciągnące się w nieskończoność zlecenia tracą swoją wartość i dołączają do kolejnych nieudanych i nijakich tworów zgnębionych zleceniobiorców.

Nurtuje mnie pytanie – dlaczego zleceniodawcy pożytkują swój czas na zabawie w mistrza marionetek (niespełnione ambicje?), a nie na zbieraniu informacji i poszukiwaniu oraz doborze wykonawcy? Niech mnie ktoś poprawi jeśli nie mam racji – zawsze sądziłem, że idea delegowania obowiązków polegała na przekazaniu ich odpowiedniemu specjaliście. Nie na doszukiwaniu się oszczędności poprzez dyrygowanie osobą o (zazwyczaj) większej wiedzy i doświadczeniu. To właśnie idee fixe tego słowotoku.

Faktyczna wartość pracy osoby zarządzającej projektem – czy to klienta, czy kogokolwiek – wyznaczona jest przez umiejętność znalezienia właściwej osoby na właściwe miejsce i przekazania jej wartościowych wskazówek. Pierwsza kwestia dotyczy nie tylko kwalifikacji, ale i stylu – praca kreatywna ma inną specyfikę niż stanie na taśmie przy montażu elementów wentylacyjnych z blach stalowych. Tak, zgadza się, portfolio ma znaczenie – podobnie brief. Czas spędzony na planowaniu, to jednocześnie czas oszczędzony na niedopowiedzeniach, błędach, ślepych zaułkach, błądzeniu po omacku i tworzeniu nieprzydatnego bubla. Bo jeśli klient – z całym szacunkiem dla jego osoby – poszukuje narzędzia, a nie specjalisty w zestawie z jego wiedzą i doświadczeniem, jego plany zostaną skazane prawdopodobnie na porażkę. Ot, taki prywatny manifest: nie mylmy projektanta z młotkiem – synergia może pojawić się jedynie w przypadku połączenia wiedzy zleceniobiorcy i zleceniodawcy. Różnica polega tylko na tym, że pierwszy powinien umieć słuchać, a drugi mówić.

PS
Ważna uwaga: Założenia dostarcza się PRZED rozpoczęciem realizacji, nie w trakcie lub po otrzymaniu finalnych projektów.

28/12/2011

“How to recycle data”

Nowy artykuł na blogu Open-E: “How to recycle data”

What to do with old hard disks? What to do if your company is going to upgrade its equipment? How to get rid of any useless hardware? However we approach these problems, everything will always concern one important issue – the protection of confidential data. [...]

Czytaj więcej: blog, zrzut ekranu.

17/12/2011

Pirelli 2012

Nie jestem krytykiem, znawcą, wybitnym profesjonalistą, nie będę dyskutował z ideą czy tym, co widziałem w relacji zza kulis. Napiszę tylko: zdjęcia do nowego kalendarza Pirelli po prostu się mi nie po-do-ba-ją. Nie chodzi nawet o odczucia estetyczne. Natasha Poly, Edita Vilkeviciute czy Milla Jovovich to kanon urody, z którym się nie dyskutuje. Mam tylko wrażenie, że pan Mario Sorrenti się albo nie postarał, albo wydawca poskąpił mu wynagrodzenia i budżetu na sprzęt i stylizację. Co prawda, zdjęcia z kalendarza zwykle kojarzyły się z, nazwijmy to, naturalnym pięknem. Jednak tym razem widać, że “naturalność” została zrozumiana zbyt opacznie.

To ciekawe, że wątpliwości natury estetycznej nie towarzyszą tylko tej edycji. Kiedy za jego tworzenie zabrał się Terry Richardson, oznajmił, że jego techniką będzie brak techniki. Trzeba uczciwie przyznać, że stanął na wysokości zadania. W swoim powrocie do natury samą naturę prześcignął.

Czy surowość kadrów, styl, niedbałość, przeciętność to efekt zamierzony? Efekt, który doceni koneser – czyli nie ja? Czy jest to raczej dzieło przypadku, stylisty-stażysty i niskiego budżetu wspierane przez markę i legendę? Kwestia do roztrzygnięcia we własnym zakresie.

Dla zainteresowanych, relacja zza kulis.

powered by wordpress
based on minimous theme
redesign by patryk kosiń
wszelkie prawa zastrzeżone
/ all rights reserved
© patryk kosiń