Zastanawia mnie pewna zasada. To, że istnieje, nie podlega dyskusji. Skąd się bierze? Zielonego pojęcia nie mam. To zasada dotycząca współpracy z klientem wszelkiej maści – brzmi ona mniej więcej tak:
Wymagania klienta rosną razem z zaniżaniem stawki wynagrodzenia. Czyli im większe straty ponosi wykonawca, tym więcej pracy ma do wykonania. Co więcej, im bardziej mnożą się uwagi zgłaszane wobec realizowanego projektu, tym bardziej zapada się on w otchłań bylejakości. Mało pocieszające jest w tym wszystkim implikacja – zaniżona kwota to zazwyczaj większa i bezzasadna ingerencja zleceniodawcy (czyt. wtrącanie się). Ta zaś oznacza (zazwyczaj) zubożenie projektu po kątem jego przydatności do czegokolwiek – wszak frustracja dopadnie w końcu każdego. Co za tym idzie, jego wartość spada do poziomu niskiego wynagrodzenia – rachunek wychodzi na zero. Szczęśliwe zakończenie, wystawiona faktura, przelew zaledwie tydzień po umówionym terminie (sic). Poziom projektu reprezentuje wartość z faktury i wszyscy są zadowoleni… Wszyscy? Prawie. Bo co z poświęconym czasem i zaangażowaniem? Wiedzę w tym pytaniu celowo pomijam – została ona w trakcie realizacji brutalnie wdeptana w linoleum. Cóż, c’est la vie. Efekt jest taki, że tracą obie strony – czas, nerwy i pieniądze. Ciągnące się w nieskończoność zlecenia tracą swoją wartość i dołączają do kolejnych nieudanych i nijakich tworów zgnębionych zleceniobiorców.
Nurtuje mnie pytanie – dlaczego zleceniodawcy pożytkują swój czas na zabawie w mistrza marionetek (niespełnione ambicje?), a nie na zbieraniu informacji i poszukiwaniu oraz doborze wykonawcy? Niech mnie ktoś poprawi jeśli nie mam racji – zawsze sądziłem, że idea delegowania obowiązków polegała na przekazaniu ich odpowiedniemu specjaliście. Nie na doszukiwaniu się oszczędności poprzez dyrygowanie osobą o (zazwyczaj) większej wiedzy i doświadczeniu. To właśnie idee fixe tego słowotoku.
Faktyczna wartość pracy osoby zarządzającej projektem – czy to klienta, czy kogokolwiek – wyznaczona jest przez umiejętność znalezienia właściwej osoby na właściwe miejsce i przekazania jej wartościowych wskazówek. Pierwsza kwestia dotyczy nie tylko kwalifikacji, ale i stylu – praca kreatywna ma inną specyfikę niż stanie na taśmie przy montażu elementów wentylacyjnych z blach stalowych. Tak, zgadza się, portfolio ma znaczenie – podobnie brief. Czas spędzony na planowaniu, to jednocześnie czas oszczędzony na niedopowiedzeniach, błędach, ślepych zaułkach, błądzeniu po omacku i tworzeniu nieprzydatnego bubla. Bo jeśli klient – z całym szacunkiem dla jego osoby – poszukuje narzędzia, a nie specjalisty w zestawie z jego wiedzą i doświadczeniem, jego plany zostaną skazane prawdopodobnie na porażkę. Ot, taki prywatny manifest: nie mylmy projektanta z młotkiem – synergia może pojawić się jedynie w przypadku połączenia wiedzy zleceniobiorcy i zleceniodawcy. Różnica polega tylko na tym, że pierwszy powinien umieć słuchać, a drugi mówić.
PS
Ważna uwaga: Założenia dostarcza się PRZED rozpoczęciem realizacji, nie w trakcie lub po otrzymaniu finalnych projektów.