Jak każdy, to każdy – i mnie nie uda się powstrzymać by dodać coś od siebie. Domniemuję, że o wyborze twórcy filmu promującego Warszawę zadecydowały albo więzy rodzinne, albo przetarg zorganizowany wg. polskich nieudolnych standardów – czyli zgodnie z kryteriami: cena i “jakoś”. Kwotę zaś wydano niemałą – pół miliona złotych (sic).
Być może permanentna erekcja aktora miała jakiś cel, może to forma metafory – siła witalność, młodość etc. Z wizją artysty się nie dyskutuje. Powalają zaś efekty specjalne – stylizacja na wzór bollywoodzkiego Supermana, to istny majstersztyk.
Cokolwiek by nie mówić, film trzyma w napięciu – do ostatniej chwili nie wiadomo, kiedy i czy zboczeniec złapie ofiarę. Swoją drogą, jego rola została świetnie odegrana. Ten uśmiech w trakcie pościgu – Anthony Hopkins i jego “Milczenie owiec” mogą się schować. Zaś dodając do tego modny ostatnio Parkour… bardzo dobrze, trzy z plusem. Nie ogarniam tylko suspensu – ten uśmiech na końcu, uścisk dłoni. Czyżby syndrom sztokholmski?