Nie jestem krytykiem, znawcą, wybitnym profesjonalistą, nie będę dyskutował z ideą czy tym, co widziałem w relacji zza kulis. Napiszę tylko: zdjęcia do nowego kalendarza Pirelli po prostu się mi nie po-do-ba-ją. Nie chodzi nawet o odczucia estetyczne. Natasha Poly, Edita Vilkeviciute czy Milla Jovovich to kanon urody, z którym się nie dyskutuje. Mam tylko wrażenie, że pan Mario Sorrenti się albo nie postarał, albo wydawca poskąpił mu wynagrodzenia i budżetu na sprzęt i stylizację. Co prawda, zdjęcia z kalendarza zwykle kojarzyły się z, nazwijmy to, naturalnym pięknem. Jednak tym razem widać, że “naturalność” została zrozumiana zbyt opacznie.
To ciekawe, że wątpliwości natury estetycznej nie towarzyszą tylko tej edycji. Kiedy za jego tworzenie zabrał się Terry Richardson, oznajmił, że jego techniką będzie brak techniki. Trzeba uczciwie przyznać, że stanął na wysokości zadania. W swoim powrocie do natury samą naturę prześcignął.
Czy surowość kadrów, styl, niedbałość, przeciętność to efekt zamierzony? Efekt, który doceni koneser – czyli nie ja? Czy jest to raczej dzieło przypadku, stylisty-stażysty i niskiego budżetu wspierane przez markę i legendę? Kwestia do roztrzygnięcia we własnym zakresie.
Dla zainteresowanych, relacja zza kulis.
